Wybaczcie, że krótko, ale niestety mam teraz na głowie pracę na Olimpiadę Historyczną.
* * *
Ranek przywitał ich chłodem i obfitą rosą. Lipcowe liście zaściełały ziemię, połyskując kroplami porannego dżdżu. Drzewa szumiące wokoło, zamiast budzić, jeszcze bardziej usypiały. Przez ich gałęzie przebijały się pierwsze promienie słońca, rozbłyskując złotem i zielenią liści.
Alena przetarła oczy. Marcin zaiste miał rację – pogoda zapowiadała się wspaniale.
Spojrzała ukradkiem na dzieci. Spały, okryte pledem i wtulone w siebie. Alena uśmiechnęła się widząc, jak jej rodzeństwo opiekuje się Andrzejem. Leżał pośrodku, przez sen ssąc piąstkę.
Delikatnie potrząsnęła Henrykiem i pogładziła go czule po czole. Chłopiec leniwie otworzył oczy i spojrzał na siostrę zaspanym wzrokiem.
-Aleno...
-Musicie już wstawać, przed nami długa droga.
Henryk ziewnął rozdzierająco.
Alena wyciągnęła z tobołka rozpoczęty chleb i kawałki mięsa. Podała je dzieciom, chociaż sama umierała z głodu.
Spojrzała na Marcina. Siedział pod drzewem, strugając z drewna coś, co przypominało figurkę. Podeszła do niego i usiadła obok.
- Co robisz? - zapytała.
Marcin podniósł na nią wzrok.
- Podarunek dla Andrzeja. Z pewnością nie wzięliście ze sobą żadnych zabawek.
Alena pokiwała głową i popatrzyła na Marcina z podziękowaniem.
- Nie musisz... - rzekła. - Andrzej poradzi sobie bez zabawek. I tak nie mieliśmy ich zbyt wiele.
Mężczyzna, jakby nie słysząc jej wypowiedzi, w dalszym ciągu zajmował się struganiem figurki. Kiedy poczuł na sobie intensywne spojrzenie Aleny, na krótką chwilę odłożył nóż i kawałek drewna.
- Zapewne zastanawiasz się, dlaczego to robię.
Dziewczyna przytaknęła w milczeniu.
Ze wstydem przyznała przed sobą, że Marcin ją intrygował. Był owiany tajemnicą, jakby nieobecny, nienamacalny, trudny do odgadnięcia. Jego ręce, choć spracowane i pokryte bliznami, zdawały się nosić w sobie coś, czego Alena nie potrafiła nazwać. Nagle przez myśl przemknęło jej, że Marcin jest oszustem - któryż to królewski wysłannik podróżuje bez konia? I chociaż do głowy przyszło jej, że Marcin może chcieć ich zabić, ciekawość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem.
- Marcinie, mam wrażenie, że... nie powiedziałeś nam wszystkiego.
- Słucham?
Alena wzięła głęboki oddech.
- Nie wierzę, że jesteś królewskim posłem. Okłamujesz nas.
Marcin popatrzył na nią ze zdumieniem.
- Dlaczego tak sądzisz? - Skupił wzrok na zarysach figurki.
Alena wzruszyła ramionami.
- Nigdy nie spotkałam posła, który podróżuje piechotą. Czego od nas chcesz?
Marcin westchnął.
- Nie sądziłem, że zechcesz zadać mi to pytanie. Ale skoro już się to stało, odpowiem szczerze. Zostałem napadnięty tuż przed wjazdem do Pragi. Skradziono mi wszystkie kosztowności, broń, konia... Wszystko, co mam, zawdzięczam pewnemu kowalowi, który znalazł mnie i wziął pod opiekę. W jego domu przebywałem około dwóch miesięcy. Nie wiedziałem, jak dalej potoczą się moje losy. Moi kompani, z którymi podróżowałem, zginęli, gdy próbowali mnie bronić. Jedyne, co wiem o mych oprawcach to to, że nienawidzili Niemców i prawdopodobnie wzięli mnie za jednego z nich. Nie zdążyłem odezwać się ni słowem, być może zwiodły ich nasze bogate szaty. Zostawili mnie na polnej drodze i gdyby nie ów kowal, dziś by mnie tu nie było. Mam wobec niego dług wdzięczności, którego nigdy nie uda mi się spłacić.
- Dlaczego?
- Bowiem został zamordowany tuż przed moim wyjazdem z Pragi. W ratuszu. Nie wiem nawet, czy otrzyma należyty pochówek...
Alena poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.
- Dał mi broń i odzienie, żywił mnie, podarował trochę grosza na dalszą podróż. Gdy dowiedział się, kim jestem, padł mi do stóp i powiedział, że chce iść dalej ze mną. Musiałem odmówić, gdyż nie mógłbym narażać na niebezpieczeństwo człowieka, który uratował mi życie. Niestety nie udało mi się zdobyć konia pod wierzch, lecz mimo to cieszę się, że jestem w stanie podróżować dalej.
Dziewczyna zasłoniła usta dłonią. Marcin mówił prawdę.
- Więc... chcesz dotrzeć na Litwę bez konia?
- Nie mam wyboru. Być może uda mi się kupić jakiegoś po drodze, lecz grosiwa mam mało, a przede mną długa droga.
- Przed nami długa droga, Marcinie.
* * *
Trzymając się za ręce, dzieci szły całą szerokością leśnej ścieżki wydeptanej przez zwierzęta. Marcin i Alena podążali z tyłu, rozglądając się bacznie dookoła. Na najmniejszy szmer reagowali, chwytając za broń. Marcin wiedział doskonale, że skoro zwierzęta wytworzyły ów leśny tunel, skryty pod koronami drzew, to z pewnością w pobliżu jest woda.
Nie mylił się. Kilka kilometrów dalej znajdowało się niewielkie bajorko, porośnięte rzęsą wodną i szuwarami. Dzieci ochoczo przyjęły widok wody, biegnąc ku niej i śmiejąc się radośnie. I chociaż Alena zabroniła im kąpieli w zimnej toni, gdyż mogłyby się zaziębić, brodziły po kolana w gęstej wodzie, radośnie ochlapując się.
Alena pozwoliła Andrzejowi pobiegać chwilę wokoło. Uśmiechnęła się, widząc na jego twarzy wyraz szczęścia. Dawno się tak dobrze nie bawił!
Czas płynął im tak szybko, że ani się obejrzeli, a zaczął zapadać zmrok. Marcin zebrał chrust i rozpalił ognisko, pozwalając najstarszym chłopcom sobie pomóc. Cieszyli się, mogąc dokładać do ognia drwa i przygotowywać miejsce pod posłania. Alena w tym czasie karmiła dziewczynki i układała Andrzeja do snu.
Siedziała pod wysokim dębem, trzymając go w ramionach. Kołysała go delikatnie i śpiewała cicho starą ludową kołysankę, którą Andrzej lubił najbardziej.
Marcin przyglądał się jej z niemym zachwytem. Sposób, w jaki obchodziła się z dziećmi, wzbudzał jego najszczerszy podziw. Teraz, pod dębem, wyglądała niczym leśna wróżka, zaklęta w zielenie i brązy, swoim niebiańskim głosem śpiewając nieznane mu pieśni. Mimowolnie uśmiechnął się.
Gdy Alena położyła Andrzeja na prowizorycznym posłaniu, podeszła do Marcina i bez ogródek zapytała:
-Czy moglibyśmy pójść z tobą na Litwę? Tutaj nie zostało nam nic.
Marcin wybałuszył oczy ze zdumienia, choć w głębi duszy właśnie na to liczył.
-Oczywiście. Pomogę wam w czymkolwiek zechcecie. Najwyraźniej Bóg chciał, żeby nasze drogi się skrzyżowały.
-Najwyraźniej – odparła Alena w zamyśleniu.
Avaritia
Nastrój:
tagi: